niedziela, 17 maja 2009
Staroć na weekend: Hothouse Flowers
Moskiewski finał Eurowizji przypomniał mi o najfajniejszej piosence, jaką kiedykolwiek usłyszałem na tej imprezie. nie chodzi jednak o jakikolwiek numer konkursowy, ale kawałek, jaki wykonała kapela zaproszona przez organizatorów do zabawiania widzów w czasie, gdy we wszystkich krajach biorących udział w zabawie trwały gorączkowe obrady jury (takie to były jeszcze czasy - tylko jury, nie było żadnego głosowania publiczności, choćby dlatego że nikt jeszcze nie słyszał o SMS-ach). Rzecz działa się w Dublinie w roku 1988 a na scenie pojawiła się lokalna kapela Hothouse Flowers - zespół, który historię ma nieźle pokręconą, swego czasu był typowany nawet na następcę U2, ale - jak to często w tym biznesie bywa - mimo paru fajnych płyt i niezłych piosenek (własnych i coverów) ostatecznie gwiazdą nigdy nie został. Za numer "Don't Go" i występ w Dublinie dwie dekady temu będę go jednak pamiętał zawsze.

poniedziałek, 11 maja 2009
Nowa twarz tygodnia: Haivrit

Dziś coś o zespole nie wyciągniętym z netu, lecz obejrzanym na własne oczy. I to dosłownie przed chwilą. Wylądowałem wczoraj w warszawskim Powiększeniu na koncercie izraelskiej grupy Haivrit. Wyjście trochę z ciekawości, trochę towarzyskie zamieniło się nieoczekiwanie w całkiem przyjemną muzyczną przygodę. Chłopaki grają przyzwoity indie rock, w którym pobrzmiewa czasem coś ze Suede, coś z Blur w ich nowofalowym wydaniu, czasem coś z Colplaya. Niby żadna sensacja, ale cały dowcip polega na tym że Haivrit śpiewają wyłącznie po hebrajsku (podobno głównie - jak to mi obrazowo wytłumaczył na koncercie pewien znajomy - "about life, love and relationships", ale na drugiej płycie, którą właśnie nagrywa, pojawią się też teksty o bardziej społecznym zabarwieniu). Gdybym słyszał wcześniej wiele kapel z Izraela, pewnie nie zrobiłoby to na mnie takiego wrażenia. Że słyszałem ledwie parę, zestawienie tego języka z niezależnym graniem zabrzmiało bardzo świeżo - na żywo hebrajski okazał się pasować o niebo lepiej niż polski do takiej popowo-rockowej estetyki.

Haivrit zdaje się jest już nieco znany polskiej publiczności. Sądząc z wpisów na jutjubie parę osób odkryło go dzięki radiowej "Trójce" a jeden z fajniejszych numerów tej kapeli trafił na pewną polską składankę. No i świetnie. Więcej takich kapel na koncertach w naszym pięknym kraju poproszę.

23:21, robert.sankowski , 120 Minut
Link Komentarze (7) »
sobota, 09 maja 2009
Staroć na weekend: The Stone Roses

Lata 80. to dla mnie seria znaczących muzycznych epifanii. Co jest zrozumiałe z dwóch powodów. Raz że była to dekada, w której działo się sporo ważnych rzeczy, a trendy zmieniały się jak w kalejdoskopie, więc o nowe muzyczne objawienia było dość łatwo. Dwa że jako nastolatek z charakterystycznym dla tego wieku rozchwianiem gustów byłem wówczas szczególnie podatny na na różne stylistyczne wolty - z czasem człowiekowi coraz rzadziej przytrafiają się wywracające wszystko do góry nogami objawienia typu: "O matko, a tak można?!?!", bo i za dużo wcześniej słyszał, i za bardzo nabiera krytycznego dystansu do tego, co akurat modne.

The Stone Roses to ostatnie z serii moich odkryć tamtej dekady. Kto wie czy nie najważniejsze. Ich debiut ukazał się dokładnie 20 lat temu - w maju 1989 roku. Natychmiast kupili mnie kilkoma rzeczami. Przeszli muzyczną ewolucję od postpunka do gitarowego popu i jakimś dziwnym trafem było to zbieżne także z przemianą mojego muzycznego gustu. Mieli fantastycznego gitarzystę, który nie dość że świetnie sprawdzał się w kapeli grającej britolskiego indie rocka, to jednocześnie okazał się przyzwoitym wymiataczem, co dla kogoś kto zaczynał muzyczną edukację od hard rocka i heavy metalu i wciąż miał w tyle głowy sympatię dla brzmienia przesterowanych gitar nie było bez znaczenia. Mieli wokalistę, który co prawda nigdy nie potrafił śpiewać, za to charyzmą mógłby obdzielić z tuzin frontmanów innych kapel. Mieli Najlepszą Sekcję Rytmiczną Swojego Pokolenia™. Mieli bystre teksty, które świetnie oddawały klimat epoki. Mieli lekko artystowski odlot, co znalazło odbicie zarówno w ich image'u, tekstach piosenek, jak tym, co robili po rozpadzie grupy. Mieli tę powalającą arogancję kapel z północnej Anglii, która pozwoliła im przejść do historii pyskówką, jaką bez kompleksów urządzili obsłudze technicznej podczas debiutanckiego występu w TV. Mieli w końcu wygląd - a to przecież w show biznesie też się liczy. 

Mieli też - przede wszystkim - muzykę. Niby grali gitarowy pop, niekiedy dorzucając do niego psychodeliczny odlot. Ale tak naprawdę w ich piosenkach spotykał się kawał rockowej tradycji: od melodyki Beatlesów, przebojowości kapel modsowskich, brzmień gitar The Byrds, przez Hendrixa, krautrock, po postpunk i nową falę - ich kawałki pełne są mniej lub bardziej zakamuflowanych cytatów z przeszłości. Przede wszystkim jednak potrafili dorzucić do tego sporo czarnej muzyki i nasycić swoje numery nieomal funkowy drajwem i taneczną rytmiką. Lub niepostrzeżenie ostatecznie przejść na ciemną stronę mocy, pociągając za sobą do tańca na klubowych parkietach armię wychowanych na gitarowym rocku fanów. Paradoksalnie to właśnie bardziej taneczne oblicze The Stone Roses lepiej pokazywało, że ten zespół to coś znacznie więcej niż tylko miłe, pogodne melodie, a pod powierzchnią kryje się więcej mroku i depresyjnego klimatu, niż można by przypuszczać (aby się o tym ostatecznie przekonać warto posłuchać, jak ich numery brzmią w remiksach) Byli idealnym zwieńczeniem drogi opisanej przez ten film, na końcu której - zmieniając historię muzyki pop - postpunk spotkał się z muzyką taneczną. 

 

wtorek, 05 maja 2009
Nowa twarz tygodnia: Billy Boy On Poison

Ach, rock'n'roll. Trzy akordy i opowieści o wkurzających rodzicach, dziewczynach, które nijak nie chcą pójść dalej niż niewinne przytulanki w kącie na imprezie u koleżanki, świecie wirującym po obaleniu półtorej butelki piwa i innych na przemian wkurzających i ekscytujących doświadczeniach zarezerwowanych wyłącznie dla wieku nastoletniego. To wszystko jest w piosenkach Billy Boy On Poison. Można by postawić tę kapelę gdzieś w niedalekim sąsiedztwie od Jet czy innego The View - taki gówniarsko-zadziorny nurt także w indie rocku ostatnich lat miał się całkiem nieźle. No ale Billy Boy On Poison ma jedną rzecz, która go odróżnia od wymienionych kapel - pochodzi z Los Angeles, a dziwnym trafem jakoś ta kalifornijska metropolia nadaje szczególnego sznytu każdej kapeli, której członkowie biorąc do reki instrumenty na pierwszej próbie ustalają, że to, co chcą grać nazywa się po prostu "rock". Billy Boy On Poison ustawia się w długiej linii spadkobierców po T.Rex i New York Dolls. Na dodatek i czuje bluesa, i z przyzwoitym czadem też mu się czasem zagrać zdarza. Może to i mało oryginalne, ale każdemu, kto pamięta lata 80. drgnie serce - bo czy dwie dekady temu w LA też nie sypnęło zespołami, które z ujmującą bezczelnością łączyły glam i punk z klasycznym rockiem? Najzabawniejsze jest to że chłopcy z BBOP są jeszcze nastolatkami, a wokalista grupy Davis Leduke zarzeka się, że napisał piosenki z debiutanckiej płyty formacji (ukazuje się w czerwcu) już dobre parę lat temu, ma ich po dziurki w nosie i zamierza jak najszybciej stworzyć dla swojej kapeli zupełnie nowy i zupełnie inny materiał. Nie wiem dokąd zaprowadzi to BBOP. Początek w każdym razie zrobili całkiem niezły.

22:02, robert.sankowski , 120 Minut
Link Dodaj komentarz »
piątek, 01 maja 2009
Staroć na weekend: Ultra Vivid Scene

Pierwszy majowy weekend zobowiązuje, więc dziś coś bardzo adekwatnego zarówno do nastroju majówki, jak i pogody za oknem. Oczywiście pod warunkiem, że ktoś wychował się na alternatywie lat 80. Ultra Vivid Scene - tak naprawdę nie tyle zespół, ile raczej projekt zbudowany wokół wokalisty Kurta Ralske (swoją drogą ciekawego i wszechstronnego faceta, traktującego zespół bardziej jak projekt artystyczny niż kapelę pop) - zaistniał w polskim radiu dzięki renomie wydającej go wytwórni 4AD. Ta nowojorska formacja to jeden z licznych dowodów na to, że kierujący popularną swego czasu nad Wisłą firmą płytową Ivo Watts-Russell nigdy nie był tylko zapatrzonym w jedną stylistykę artystowskim dupkiem, lecz facetem z wyobraźnią - Ultra Vivid Scene ze swoją psychodeliczną, senną, chwilami zaskakująco słodką, a miejscami jazgotliwą, osadzoną mocno w klimacie undergroundu lat 60. muzyką musiało być dla wyznawców 4AD niezłym zaskoczeniem. Mnie osobiście etykietka 4AD mało obchodziła - o wiele większe wrażenie robiło porównanie kapeli Ralskego do The Jesus And Mary Chain. W drugiej połowie lat 80. to wystarczało, żebym polował na jakiś album do upadłego. W przypadku Ultra Vivid Scene opłaciło się. W 1989 roku ukazała się debiutancka płyta grupy zatytułowana po prostu "Ultra Vivid Scene", której przez chwilę słuchałem nieomal na okrągło. Co prawda takiego wrażenia nie zrobił na mnie żaden z dwóch późniejszych albumów zespołu: wydany w 1990 "Joy 1969-1990" i późniejszy o dwa lata "Rev". Ale co tam, Ultra Vivid Scene i tak zawsze kojarzyć mi się będzie z wyjątkowym rokiem 1989.

 
PS. Specjalne punkty dla każdego, kto bez zaglądania na opis w jutjubie rozpozna towarzyszącego w tym klipie Ralskemu gitarzystę.
wtorek, 28 kwietnia 2009
Nowa twarz tygodnia: Tinted Windows

Chciałem uniknąć pisania o tym zespole. Wymyśliłem sobie tę rubrykę, żeby pokazywać w niej zupełnie nowych wykonawców. A tymczasem w Tinted Windows nowa jest tylko nazwa: to klasyczna supergrupa, z której każdy z tworzących ja muzyków zdążył już z lepszym lub gorszym skutkiem gdzieś zaistnieć. Pisać o takiej zbieraninie na ogół na kilometr pachnącej ściemą starych wyjadaczy to żadna przyjemność. Gdy jednak dać Tinted Windows drugą szansę... A no właśnie. Bo może to i supergrupa, ale jej skład wygląda niczym sen zdrowo upalonego krytyka - no bo jak inaczej opisać zespół, w którym obok siebie grają gitarzysta James Iha (tak, ten ze Smashing Pumpkins), basista Adam Schlesinger (z Fountains Of Wayne), perkusista Bun E. Taylor (znany z gwiazdy lat 70. Cheap Trick) oraz... Jordan Taylor Hanson (jak najbardziej, z tria Hanson, tyle że już w niczym nie przypomina tego sympatycznego dzieciaka). Na dodatek ta ekipa pisze naprawdę niezłe numery. Może to i żadna rewolucja, ale jako bezpretensjonalny gitarowy pop broni się zarówno na żywo, jak i w studio. Na zbliżający się majowy weekend jak znalazł.

20:53, robert.sankowski , 120 Minut
Link Komentarze (4) »
sobota, 25 kwietnia 2009
Staroć na weekend: Transvision Vamp

Wczorajszy wpis o milionach, o jakie kryzys zubożył gwiazdy show biznesu przypomniał mi nieoczekiwanie o brytyjskiej kapeli Transvision Vamp, która skutecznie atakował listy przebojów dokładnie dwie dekady temu. Dlaczego? Bo piosenki tego zespołu idealnie nadawały by się na ilustrację wspomnianej notki. Kasa jako metafora wybuchających miedzy ludźmi namiętności, ale też paliwo dla całego show biznesu pojawiała się tekstach tej formacji zaskakująco często. W jednym z największych hitów swojej grupy wokalistka Wendy James zapewniała: "I don't want your money, honey, I want your love". Ale zaraz w innym kawałku wyliczała: "Od Elvisa Presleya do Marilyn, od Johnny'ego Rottena do Charliego Chaplina, każdy grał inną rolę, lecz każdy urodził się, by zostać sprzedanym".

Punkowy cynizm? Nic z tych rzeczy. Transvision Vamp nikogo nie krytykowali. Niby lubili sobie pośpiewać o rewolucji, ale jak wszystko w ich działalności, była to tylko gra popkulturowymi kliszami. Mało znam zespołów, które byłyby tak świadome o co naprawdę chodzi w całym tym biznesie. Seks, bunt, prowokacja, pieniądze, a do tego kapitalne trzyakordowe piosenki - przemieszaj to wszystko w odpowiednich proporcjach, a zapewnisz sobie obiecane przez Andy'ego Warhola 15 minut sławy. W Transvision Vamp wszystko było mniej lub bardziej zakamuflowanym cytatem - od riffów, na których opierają się ich największe hity przez teksty po image Wendy - zdumiewającej syntezy tego, czym onieśmielały wszystkie najsłynniejsze blondynki tego świata: od Marilyn przez Debbie Harry i Madonnę aż po niesławną Cicciolinę (dostała się do włoskiego parlamentu tuż przed powstaniem Transvision Vamp). Może faktycznie Wendy i jej kumple nie zaistnieliby bez punkowej rewolty i jej estetycznego przerysowania, ale jeśli już naprawdę szukać ich prawdziwych nauczycieli, to bardziej byli nimi sytuacjoniści i wspomniany już Warhol. Paradoksalnie ze swoimi wpadającymi w ucho numerami i żądzą zawędrowania na szczyt list przebojów Transvision Vamp byli bardziej wywrotowi niż niejedna punkowa gwiazda rzucająca na prawo i lewo politycznymi sloganami.

Byli też perfekcyjnym podsumowaniem kilku dekad muzycznej popkulturu, a jednocześnie zapowiedzią tego, co miało nadejść - epoki cytatu i postmodernistycznej zabawy konwencjami. Jak to często bywa w przypadku artystów, którzy wyczuwają ducha epoki, pożarła ich rewolucja, którą sami zapowiadali. Największe sukcesy odnosili w 1988 i 1989 roku, gdy na listach przebojów szalały ich piosenki z dwóch pierwszych płyt "Pop Art" i "Velveteen". Chwilę później cała Wielka Brytania oszalała na punkcie zupełnie innej, choć w swej istocie osadzonej na bardzo podobnym, a może nawet jeszcze bardziej radykalnym podejściu do popkulturowej tradycji muzyki - acid house'u oraz sceny madchesterskiej.Ojczyzna Transvision Vamp nagle przestała interesować się swoją gwiazdką - trzecia płyta grupy ukazała się tylko w Stanach, a sam zespół wobec umiarkowanego zainteresowania swoimi nowymi piosenkami na wyspach postanowił się rozstać. Wendy nagrywa do dziś, czasem solo, czasem pod szyldem Racine, dając zresztą wciąż dowody na umiejętność żonglowania popkulturowymi nawiązaniami. Żeby jednak było śmieszniej, dużo większą karierę - jako członek grupy Bush - zrobił basista Transvision Vamp Dave Parsons. My w Polsce i tak lepiej zapamiętamy Wendy - gdy zespół grał w 1990 roku na festiwalu zorganizowanym przez "Solidarność" w sopockiej Operze Leśnej, wyraźnie nawalona James zeszła ze sceny, wskoczyła na kolana siedzącemu na widowni Lechowi Wałęsie i dała mu buziaka. Tak się wykorzystuje swoje 15 minut sławy, aby na zawsze przejść do historii popkultury.

piątek, 24 kwietnia 2009
Kryzys ciśnie gwiazdy
Elton John - 63 miliony. Paul McCartney - 60 milionów. Robbie Williams - 25 milionów. O tyle w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy - według publikowanej co roku przez "Sunday Times" listy najbogatszych Brytyjczyków - skurczyły się majątki najbogatszych gwiazd wyspiarskiego show biznesu. Co ciekawe okazało się, że paru artystom udało się uniknąć strat, a kilku zanotowało nawet wzrost dochodów. Wśród tych ostatnich są bracia Gallagher z Oasis. Czyżby dał o sobie znać dotyczący kwestii finansowych rozsądek, jaki charakteryzuje podobno chłopaków z angielskiej północy? Przy okazji - potwierdza się obowiązująca nie tylko w świecie bogaczy zasada, że ci, którzy mają mniej, zawsze tracą najwięcej: fortuna Amy Winehouse zmalała aż o połowę - z 10 do 5 milionów funtów. Chociaż kto wie, może akurat w jej przypadku winny nie jest wyłącznie światowy kryzys ekonomiczny...
21:11, robert.sankowski , Lost in cyberspace
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 21 kwietnia 2009
Nowa twarz tygodnia: William Fitzsimmons
Co prawda takie nazwisko na okładce jakiejkolwiek płyty powinno wzbudzać w dziennikarzu muzycznym podejrzliwość, jednak akurat w tym wypadku nie ma mowy o puszczaniu oka do publiczności albo innym nabijaniu kogokolwiek w butelkę. William Fitzsimmons traktuje swoje granie naprawdę poważnie. Inaczej być nie może, skoro cały debiutancki album poświęcił rozwodowi rodziców, a piosenki z drugiej płyty zainspirował rozpad jego własnego małżeństwa. Lawina nieszczęść, z którymi William stara sobie poradzić za pośrednictwem muzyki jest tak wielka, że pisząc o nim "Guardian" postanowił spuścić trochę powietrza z tego balona i dorzucił do tej listy życiowych katastrof także brodę naszego bohatera (jak ja lubię ten styl anglosaskiego dziennikarstwa). Uprzedzam jednak wszystkich, którzy zamierzają do reszty rozczulić się nad losem Williama - ten facet wie jak przekuć porażkę na sukces. Jego profil na Majspejsie jest na najlepszej drodze do przekroczenia 3 milionów odsłon, zaś jego nastrojowe, melancholijne ballady, w których pobrzmiewa folk i alternatywne country (krytycy najczęściej porównują Fitzsimmonsa do Elliota Smitha, Iron & Wine i Bon Iver) mogli już usłyszeć widzowie takich seriali jak "Szpital miejski" czy "Chirurdzy" (temu drugiemu - przynajmniej po części - William zawdzięcza pewną popularność także w naszym kraju). Ale co się dziwić - te piosenki idealnie nadają się na finałowe ujęcia kolejnego odcinka, w którym główny bohater po trudnym dniu pełnym zawodowych i osobistych perypetii duma nad własnym życiem siedząc samotnie w pustym mieszkaniu i patrząc na zapadający za oknem zmrok.

 

21:09, robert.sankowski , 120 Minut
Link Dodaj komentarz »
piątek, 17 kwietnia 2009
Staroć na weekend: Butthole Surfers
Zagrają w Polsce! Już w tę niedzielę! Nareszcie! No i na tym koniec dobrych wiadomości, bo zagrają we Wrocławiu. To znaczy koniec dobrych wiadomości dla mieszkańca Polski centralnej. Wrocławianie mogą się cieszyć nadal. 20 lat temu pewnie bym nie marudził, lecz wsiadł do pociągu i pojechał dla nich na drugi koniec Polski. Ale to byłoby 20 lat temu. Dziś ich undergroundowa gwiazda trochę przygasała. Ale legenda wciąż trwa. Dla mnie to jeden z gigantów amerykańskiej alternatywy lat 80. Na początku kręciły mnie ich łomotliwe riffy oraz obyczajowe prowokacje (pokażcie mi nastolatka, który nie pokochałby zespołu występującego z tancerką uwielbiającą rozbierać się na scenie). Potem połapałem się że Butthole to coś znacznie więcej niż radosny hałas i koncertowy chaos. Eksperymenty formalne? Dekonstrukcja rockowej tradycji? Gra popkulturowymi konwencjami? W tym zespole było wszystko, co pozwalało przyznać się do słuchania rockowej kapeli nawet w najbardziej snobistycznym towarzystwie. Na szczęście Surfersi zawsze mieli też coś, dzięki czemu spuszczali powietrze z tego artystowskiego balona - dość pokręcone poczucie humoru (co tu dużo mówić: czasem tak pokręcone, że dawało się wytłumaczyć już tylko przyjęciem przesadnie dużej porcji substancji psychoaktywnych). Weźmy bohatera dzisiejszego utworu - numer "Sweat Loaf" (swoją drogą muszę przyznać - zdążyłem już zapomnieć, że w tym kawałku cokolwiek zaczyna się dziać dopiero po upływie jakiejś minuty). Najpierw absurdalny dialog, który zdążył już przejść do legendy, a potem kawał gitarowego łojenia. Jeśli komuś wydaje się że zna ten riff, to ma rację: cały numer jest (nie tylko muzycznym, przecież tytuł to również swoista gra słów) dialogiem z legendarnym utworem Black Sabbath "Sweet Leaf". Czy kogoś jeszcze trzeba przekonywać że Butthole Surfers wielkim zespołem są?

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 17